czwartek, 1 września 2011

Red Hot Chili Peppers - "I'm With You" aka funk rock umarł

Muzycznie ten rok jest dla mnie jak na razie rozczarowaniem: The Kills, Patrick Wolf, Friendly Fires, Arctic Monkeys - zaledwie kilka przykładów, niezupełnie przypadkowych, bo jednak były to jedne z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie płyt. Wszystko to sprawia, że z niepokojem wyglądam kolejnych premier, zapowiedzianych na drugą połowę roku. Jednak nic, absolutnie nic nie jest w stanie przebić mojego rozczarowania najnowszym albumem Red Hotów.

Musicie mnie zrozumieć. To było ciężkie 5 lat dla fana RHCP. W tym czasie wiele się działo - moja totalna obsesja na ich punkcie, wszystkie zmiany które zaszły z ich powodu, koncert, który może genialny nie był, ale jednak wciąż myśląc o nim czuję tę niesamowitą mieszankę emocji, oczekiwanie na najmniejszą choćby wzmiankę czy znak życia, wiadomość o zawieszeniu, potem o powrocie, potem o odejściu Johna, o dołączeniu Josha, w końcu - po pięciu latach - info o nadchodzącej płycie... oto moje oczekiwanie, cierpliwość i nieskończona miłość miały zostać wynagrodzone. Pierwsze przesłuchanie 'The Adventures...' spowodowało niewielką konsternację. A potem było już tylko gorzej.
Główne pytanie, które ciśnie się na usta, brzmi następująco: gdzie na tej płycie jest gitara? Josh może i jest świetnym gitarzystą pomocniczym, ale jako główny niestety posysa. Być może to kwestia nie do końca wypracowanego stylu, być może nie chciał za bardzo się wychylać podczas komponowania z powodu mniejszego doświadczenia, różnicy wieku (na zasadzie 'omg, ci goście wydali już 9 płyt i są tacy osom a ja jestem taki sobie Josh znikąd' - to jednak co innego jak do zespołu - legendy dołącza członek innego zespołu - legendy, mowa oczywiście o Davie Navarro, a co innego, kiedy jest to gitarzysta kilku średnio znanych bandów), może nie chciał za bardzo zmieniać czy ingerować w brzmienie - tak czy inaczej, Josh wyrządził zespołowi oraz fanom dużą krzywdę, usuwając się w ten sposób. Nareszcie widać, co tak naprawdę John dawał temu zespołowi - były to oryginalne melodie i różne muzyczne smaczki, które może nie sprawiały, że utwory były genialne, ale przynajmniej miały w sobie coś interesującego. Nawet taki By The Way, moim zdaniem najgorszy album RHCP, był zróżnicowany - mieliśmy i momenty rockowe, i bardziej funkowe, i ballady, i mimo że kilka było naprawdę koszmarnych, to wciąż dało się tego słuchać od biedy, były elementy ska, były bardziej wsiowe, a la meksykańskie motywy, no kurde serio, coś się działo. Albo spójrzmy na Stadium Arcadium. Niby przeciętna balladka Wet Sand - ale ta końcówka , to jest coś pięknego. No wiadomo, parę kawałków było kompletnie z dupy, ale większość miała coś w sobie. Na 'I'm With You' wszystko jest takie samo. Żaden utwór się nie wyróżnia. W porównaniu z tym nawet masakryczny 'Snow (heeeeeeeeeeejoooooooooł)' to arcydzieło. W 'Machinie' przeczytałam określenie które bardzo przypadło mi do gustu - "refreny z podręcznika 'Pisz przeboje z Kiedisem'". Nuda, nuda, nuda, przewidywalność, nuda. Za dużo Anthony'ego i jego wąsów. Jęczy jak zarzynane zwierzę, nadchodzi taki moment że trudno to znieść, ale tym razem wytrwałość wcale nie popłaca. Do samego końca dzieje się dokładnie tyle co wcześniej: nic. Przeanalizujmy to jednak od początku.
1. Monarchy of Roses
Zaczyna się od przesterowanego wokalu. Nie mija minuta, a przechodzi w pasujący do tegoż niczym pięść do nosa, radosny, banalny refrenik, z powtarzaną, wyjęczaną frazą 'THE MONARCHYYYYYYYY OF ROSEEEEEEEEES'. Skojarzenie: Kiedis z bananem na twarzy i balonikiem w dłoni w Disneylandzie.
2. Factory of Faith 
Nawet spoko zwrotka, Kiedis przynajmniej nie śpiewa, tylko rapuje - +1000000000000 do przyswajalności. Niestety, szybko (zbyt) przechodzi w bardzo oklepany, pretensjonalny i wyjęczany refren. Wciąż ani śladu gitary. Jest za to bas. Dużo basu.
3. Brendan's Death Song
O boże, gitara. Jak również pierwsza ballada. Jeden z nielicznych kawałków, których refren mi się podoba. Bo niestety nie mogę tego powiedzieć o zwrotce (za wyjątkiem 3 i 6 wersu). Ten wysoki początek mnie odstrasza. Still, jestem w stanie ten numer polubić.
4. Ethiopia
Intro totalnie  jak w 'Rolling Sly Stone'. Dalej nic ciekawego.
5. Annie Wants A Baby
CO TO W OGÓLE K**** JEST.
6. Look Around
Kolejna piosenka którą jestem w stanie zaakceptować. Love zwrotka, no ale refren... 'Look around, look around, look around, all around all around all around' = are you fucking kidding me??? Mimo wszystko najbardziej klimatem zbliżone do starych funkowych wymiataczy spod znaku RHCP.
7.  The Adventures of Rain Dance Maggie
Triumfalny następca 'Snow' na pozycji Najbardziej Przeze Mnie Znienawidzonego Utworu RHCP. Za każdym razem jak to słyszę mam odruch wymiotny. Za każdym razem jak widzę teledysk zadaję sobie pytanie dokąd zmierza ten śwat. Refren kojarzy mi się ze Snow i nieśmiertelnym HEEEEEEEEEJOOOOOOOOŁ.
8. Did I Let You Know
 Jestem w stanie znieść zwrotkę, a Josh robi coś ciekawego z gitarą. Refren nie jest niczym odkrywczym, ale przynajmniej mnie nie odrzuca. No i Pchła na trąbce!
9. Goodbye Hooray
Ciekawie się zaczyna, a potem wchodzi Kiedis.
10. Happiness Loves Company
Słodkie pianinko na wejściu. Generalnie ujdzie.
11. Police Station
Gdzie te czasy, gdy policja w tytule oznaczała sprzeciw wobec władzy, a nie miejsce gdzie on ją zobaczył? Zwrotka lekka i przyjemna, refren za bardzo napuszony, i nudny dla odmiany. Po raz kolejny pianinko łagodzi obyczaje.
12. Even You Brutus?
Intro i wszystkie tutejsze partie pianina przywodzą mi na myśl soundtrack Pattona do 'A Perfect Place'. O dziwo, całkiem fajna zwrotka, i nawet refren nie taki zły!
13. Meet Me At The Corner
Tu z kolei zaczyna się niczym 'Hey' ze wspomnianego SA. Jednak o ile Hey jest naprawdę ładną piosenką, tak tutaj refren przypomina pierwszą lepszą balladę Katy Perry. Oprócz tego niefortunnego zdarzenia, da się tego słuchać, z bólem, ale się da.
14. Dance, Dance, Dance 
 Ostatnia i jedna z ciekawszych pozycji na płycie. Przynajmniej do momentu nadejścia refrenu.

Chyba nie chcę nic dodawać na koniec. Wszystko zalatuje mi tu U2 i tym słabym Bono. Nie powiem żebym spodziewała się nie wiadomo czego - wiadomo było że do starych czasów już nie powrócą. Po cichu przeczuwałam, że to może być ich najgorsza płyta, ale nie myślałam że będzie aż tak źle. Staram się wyrzucić ten smutny album ze świadomości. To już chyba koniec mojej przygody z tym zespołem, aczkolwiek zawsze z sentymentem będę wracać do starych nagrań, marząc o życiu w okolicach wydania Mother's Milka czy Blood Sugar.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz