środa, 1 lutego 2012

Lana Del Rey - Born To Die

O tej pani mało kto nie słyszał.
Katowana na okrągło przez stacje radiowe i telewizyjne, stanowiąca jeden z motywów przewodnich fejsbukowych ścian ostanich czasów (zaraz obok Gotye i ACTA), na owym blogu również została już wspomniana, nie miała jeszcze tylko tła w zapowiedzi Władcy Pierścieni na TVN.
W takiej sytuacji grzechem byłoby pominięcie tej płyty w recenzji.



Problem w tym, że ciężko mi się do Lany ustosunkować. Z jednej strony, 'Video Games' to bardzo spoko depresyjny kawałek, ktorego swego czasu słuchałam dość często. Schody zaczęły się gdy kolejne jej utwory które dane mi było usłyszeć, 'Blue Jeans' i 'Born To Die', utrzymywały identyczną stylistykę, brzmiały również podobnie, no i generalnie najłatwiej było je odróżnić po tekście. Mimo to, oczekując na album, powtarzałam sobie: 'boże, to tylko 3 kawałki, na pewno reszta będzie inna'. O, jakże się myliłam.

"Born To Die" to dla mnie jedna z cięższych płyt do przełknięcia. Udaje mi się zachować trzeźwość umysłu mniej więcej do "Dark Paradise". Wiem już nawet, z jakiego powodu - wszystkiemu winny jest rytm. Sekcja rytmiczna jest w KAŻDYM utworze TAKA SAMA. Być może jest to zabieg celowy, mający na celu zmulenie słuchacza na tyle, że nie zauważy on ubóstwa innych aspektów albumu. W moim przypadku wyszło perfekcyjnie.
Nawet pal licho ten nieszczęsny motyw rytmiczny. Ale żeby zrobić całą płytę na temat swojego nieszczęścia "BO ON"? (nie, nie chciało mi się przekopywać przez wszystkie teksty, zwłaszcza że nie są one najwyższych lotów, ale przeczytawszy większość i zrozumiawszy co nieco z reszty mogę tak śmiało stwierdzić.) WTF, Lana, seriously??? W tej wspomnianej wyżej notce napisałam, że wolę Lanę od Adele, ale po przesłuchaniu "Born To Die" chyba zmieniłam zdanie. Uczepiłam się tych tekstów, i na razie przy nich pozostanę, no bo co jak co, ale pod tym względem krążek jest chyba najbardziej drażniący. To już nawet nie jest, tak irytujące u Adele, płakanie za niespełnioną miłością. Nie, to są jakieś smutne wierszyki na poziomie 15-latki przeżywającej właśnie pierwszą miłość, infantylne tak że serce boli (i to bynajmniej nie ze współczucia), i obrażające całe pokolenia feministek.
No i ta pompatyczność. "Every time I close my eyes, it's like a dark paradise". "Baby, we were born to die". "I will love you till the end of time". W każdej piosence znajdziecie wers który przyprawia swoją wzniosłością o odruch wymiotny. To nie dla mnie. Ja mam dość pompatycznych rzeczy.
Większość kompozycji jest do siebie tak łudząco podobna pod względem melodii, że w połowie płyty zaczynam się nudzić. W "Off to the Races" następuje pewna odmiana w obrębie refrenu, co czyni ten kawałek na swój sposób interesującym. Ale wciąż nie powalającym. "Video Games" to mój ulubiony kawałek, bo mam do niego sentyment jeszcze sprzed albumu. Poza tym mam wrażenie, że brzmi on najbardziej autentycznie i zarazem jest najmniej rozdmuchany. "Born To Die" i "Blue Jeans"należą do drugiej kategorii: piosenki, które jestem w stanie znieść, ale nie szaleję za nimi jakoś szczególnie. Intro do "Diet Mtn Dew" niczym wyśpiewane przez stado lolitek z liceum. "National Anthem" jest tworem kuriozalnym, bo oczywiście brzmi jakby pretendowało do pozycji nowego hymnu państwowego. I jeszcze ten chóralny zaśpiew w refrenie. Co daje efekt masakryczny. "Dark Paradise", o dziwo, mimo tragicznej warstwy tekstowej, jest dla mnie całkiem do przełknięcia. A najbardziej rozwala mnie "Summertime Sadness", w którym Lana śpiewa 'I've got the summertime sadness' głosem całkowicie beztroskim i, co najciekawsze, nawet melodia jest jedną z najżywszych na płycie. Oh god. No i "This Is What Makes Us Girls". Ja w kwestii tego kawałka mam tylko jedno do powiedzenia: nie chcę, żeby ona śpiewała o "nas" w kontekście "girls". Nie chcę być taką smutną lasencją jak Lana i kompletnie się nie poczuwam.
Zdaję sobie sprawę, że ominęłam połowę piosenek, ale serio, o nich się nie da nic napisać. I tak wszystkie są takie same.

Kolejna kwestia to głos Lany. Nie mam pojęcia, czy na tej płycie jest choćby jeden moment, w którym ona śpiewa po swojemu, bo w każdej piosence jej barwa brzmi na totalnie wymuszoną. Technicznie nie mam nic do zarzucenia, ale to skakanie po tonacjach jakoś mnie nie przekonuje.

No i na koniec została mi cała otoczka. Już pomijając tak oklepane kwestie jak sztuczne usta czy ojciec milioner. Lana jest na wskroś amerykańska - teledyski na tle flagi, purytańska okładka, nawiązania do amerykańskich symboli typu James Dean, i generalnie fakt, że wyobrażam ją sobie jako smutną kurę domową przycinającą żywopłot w domku na przedmieściach - całkiem fajny pomysł, szkoda że zmarnowany przez kiepską muzykę.

Ja osobiście Lany nie kupuję. Mam wrażenie, że wszystko co z nią związane jest wyprodukowane od początku do końca - od wizerunku począwszy, na tekstach skończywszy - i nie ma w tym ani krzty autentyczności. Do tego muzycznie słabo, tekstowo jeszcze gorzej...  czyli że kolejny bezpodstawny hajp.

1 komentarz:

  1. Tag podug mie to w tym całym albómie hodzi o to rzeby takie Briżit Żons zamiast "Ol baj majself" mogły posłuhać Lanki. As I said before... You're great writer. KEEP DOIN' IT!

    OdpowiedzUsuń