wtorek, 10 lipca 2012

Hardość na drodze, jezioro na polu, owoce na patyku, my na Open'erze - edycja 2012

Nie wiem co się dzieje, nie wiem co stać się może - słowa te, autorstwa Leny M., stanowią dla mnie kwintesencję tegorocznego Open'era. Cokolwiek się działo - działo się na opak. Artyści, na których liczyłam, w większości nie sprostali oczekiwaniom, niektórych wyczekiwanych koncertów ostatecznie nawet nie widziałam, za to pozytywnie zaskoczyli mnie ci, którzy początkowo średnio mnie interesowali. Swoje podsumowanie zacznę jednak od kwestii organizacyjnych.
Zdecydowanym minusem tej edycji była pogoda, jednak choćbym nie wiem jak chciała, nie mogę tego zwalić na organizatorów. Pomijając fakt zrujnowania mojego zdrowia, równowagi emocjonalnej i komfortu fizycznego, odcisnęła ona swe piętno również na warunkach, w jakich przyszło nam przez te pięć dni mieszkać. A były one zaiste tragiczne. Poczynając od tego horroru, który rozgrywał się na ścieżkach na polu namiotowym, gdzie nikt nawet nie raczył rozłożyć jakichkolwiek desek/mat/czegokolwiek, a kończąc na prysznicach, których ilość drastycznie zmalała (i kurde nigdy nie zrozumiem tej polityki "chcesz ciepłą wodę, zapłać bona" - no cholera, co to w ogóle ma być. Zwłaszcza w taką pogodę, gdy wychodzenie spod zimnego prysznica na deszcz może skończyć się w wielu przypadkach bardzo niefajnie). Doprowadziło mnie  to do wniosku, że ja już jestem za stara na pole, i za rok w ogóle nie powinno mnie tam być - cóż z tego, skoro pewnie będę i tak. Wszystko mnie tam bolało, męczyło, wkurzało i irytowało w tym roku. Również stan toi-toiów wołał o pomstę do nieba. A zabieranie ludziom otwartych butelek z napojami przy wejściu to największy idiotyzm świata - zwłaszcza w tych rzadkich momentach duchoty i skrajnych upałów. Polityka antyalkoholowa to kolejna drażliwa kwestia, ale w to już się zagłębiać nie będę, choć jestem jak najbardziej przeciw. Następny minus to brak gazety Open'erowej, który przeżywam do dnia dzisiejszego. No bo co tu czytać w długie, deszczowe/parne i duszne dni, jak żyć? Skończyło się na tym, że znam na pamięć całą książeczkę openerową i jeszcze trochę Echa Miasta ze środy. No i trzecie poważne zastrzeżenie: niech osoba, która ustawiła ten pieprzony Red Bull Stage na środku chodnika poważnie się nad sobą zastanowi. Kurna, godzina druga w nocy, ja ledwo powłóczę moimi przemoczonymi stópkami w równie przemoczonych trampkach, a powrót z Tenta zajmuje mi trzy godziny bo WIKSA NA ŚRODKU CHODNIKA. No po prostu najgorzej. Przenieść to gdzieś, gdzie nikomu nie przeszkadza, a nie tak z dupy w samym centrum wszechświata. To tyle narzekania chyba - na strefę gastro nic nie powiem, bo w sumie raczej się tam nie stołuję, toteż średnio mnie interesuje. Ale zapiekanki z miliardem dodatków były spoko. No i oczywiście owoce w czekoladzie, które wygrały ten festiwal. Tradycyjnie pozdrawiam również długie żelki - <3. Trochę smutno, że odległość z Main na Tent jakby się zwiększyła, no ale shit happens. Smutno również że moich ulubionych dymanych umywalek było tak mało. No i żałuję bardzo, że nie udało mi się dostać na Anioły w Ameryce, podobno świetna rzecz,  zdecydowanie nieodżałowana. Instalacja Gomulickiego, zwana przez nas potocznie Fallusem, początkowo wzbudzała we mnie mieszane uczucia, ale ostatecznie okazała się być świetnym miejscem spotkań. Fajne było Heineken Lounge, tylko oczywiście non stop zatłoczone. Ochroniarze mi się trafiali cudowni zawsze - na wejściu jeden nie przeszukał mojej torby, stwierdziwszy, że moje zapewnienia o braku alkoholu są z pewnością prawdziwe, a na festiwalu co chwilę jakiś zagadywał albo żartował - co z tego, że te żarciki były nieco słabe, liczą się intencje. Chyba.

A teraz, skoro już sobie pogadałam o pierdołach, przejdę do warstwy muzycznej, która jest przecież rzeczą najważniejszą. Koncert pierwszy - Fisz Emade (planowałam wcześniej Enchanted Hunters, ale jak zwykle z planów nic nie wyszło) - był dla mnie swego rodzaju powtórką z Wianków w Gdyni, i tak samo jak wtedy, nie porwali mnie. Koncert drugi to było The Kills. Trochę się jarałam, nie powiem - swego czasu miałam na nich sporą jazdę, poza tym Alison jest taka cudowna, co potwierdziła na koncercie Dead Weather. Ale podczas tego gigu odkryłam, że Killsi to dla mnie zamknięty już rozdział z liceum, a sama Alison w różowych włosach wygląda nie za dobrze. Totalnie mnie nie porwali, z resztą nie widziałam żadnych emocji z ich strony, jedynie coś tam drgnęło na Kissy Kissy bodajże. Bębniarzy mieli fajnych, przyznaję, ale chyba tylko tyle. Nawet gdy zagrali trzy piosenki z Midnight Boom pod rząd (Black Balloon/Tape Song/Last Day Of Magic) nie poczułam się wzruszona. Bez żalu opuściłam Main Stage, zdążając na wyczekanych i ukochanych chłopaczków z Yeasayer. Oczekiwania były ogromne: po pierwsze ich kocham, a po drugie ich poprzedni koncert na Babich Dołach był jednym z najlepszych w moim życiu. No i w pewnym sensie zostały zaspokojone. Koncert był świetny oczywiście, energia niesamowita, O.N.E. w nowej aranżacji to coś pięknego, to co się działo na Ambling Alp jest nie do opisania, i generalnie bardzo przypominało to jakąś psychodeliczną dyskotekę, ale... setlista moim zdaniem nie była do końca idealna. W tym sensie, że zagranie w większości kawałków z płyty, która jeszcze się nie ukazała, nie było według mnie najlepszym rozwiązaniem. Mogliby zagrać, na przykład, bardziej po połowie. Nowe piosenki zawsze na propsie, ale bez przesady. Inna sprawa, że ten materiał zapowiada się jak na razie świetnie. Tak więc koncert zadowolił mnie częściowo. Ale ogólnie oceniam na plus. Kolejnym przystankiem tego dnia byli The Ting Tings. I tu powiem tak: koncertowo genialnie. Niesamowita energia, szaleństwo, wszystko co najlepsze - ale kurde, za każdym razem jak słyszałam cokolwiek z drugiej płyty, to szlag mnie trafiał... ona jest tak koszmarnie słaba, że po prostu niszczyła mi całą radość z koncertu - i tę przepaść między ich dwoma płytami było doskonale słychać podczas występu. Żadne wysiłki wokalne ani taneczne Katie nie były w stanie tego zmienić. Z ulgą urwałam się wcześniej, aby zdążyć na New Order, gdzie czekało mnie kolejne rozczarowanie. Nie chodzi o to, że było źle - było po prostu poprawnie. Nie było w tym występie nic rozjebującego mózg, były po prostu piosenki odegrane na dobrym poziomie. Fajnie się wiksowało na Bizarre Love Triangle, przyjemnie się odśpiewywało True Faith, na Love Will Tear Us Apart o mało nie zdechłam - i w sumie to tyle. Ten dzień, jak widać, nie był dla mnie zbyt udany koncertowo. Najlepiej zdecydowanie wypadł Yeasayer, potem New Order jednak, bo na TTT zbyt dużo hejtu poszło. Killsi zdecydowanie najgorzej.

Dzień kolejny powitał nas gęstą mgłą, jak dla mnie idealnie oddającą ponurą amtosferę i smutek tej nocy, gdyż jak się okazało, była ona jeszcze gorsza od poprzedniej. Sceny były w większości zdominowane przez raczej spokojne klimaty, co dla mnie stanowiło raczej średnią opcję, postanowiłam się jednak nie zrażać i w pokoju duszy oczekiwać na występ mojej osobistej (dotychczasowej, dodajmy) gwiazdy Open'era: Justice. O 19 pomknęłam więc na Tent, aby po raz drugi w swym krótkim życiu doświadczyć magii Dry The River. Odkryłam ich na zeszłorocznym Offie, gdzie totalnie mnie zaczarowali, i choć ich płyta, przesłuchana pół roku później, nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia, postanowiłam dać im szansę i raz jeszcze doświadczyć ich koncertowej mocy. No i moc była, a jak. Tyle że za drugim razem nie powalała już tak silnie, jak za pierwszym. Koncert ok, ale bez szału. Potem załapałam się na fragment Pendereckiego. Było to jednak zbyt trudne wyzwanie jak na mój ówczesny stan, szybko się więc poddałam. Tak czy siak, przedsięwzięcie niewątpliwie ciekawe i warte kontynuacji. Następnie po raz kolejny zaszyłam się w namiocie - tym razem grał Jamie Woon. Kurczę, lubię jego płytę, ale ten koncert kompletnie mnie nie porwał. Nie poczułam zupełnie nic. Nawet nie wiem co więcej napisać. Nie udało mi się zdążyć na The Maccabees, czego żałuję, ale widziałam za to kawałek Bon Ivera, i utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie jest muzyka dla mnie. Co potwierdził jeszcze bardziej fakt, iż gdy Lena puściła go wczoraj w samochodzie, momentalnie zasnęłam. W ten sposób powoli doturlałam się do momentu, na który czekałam od pewnych ogłoszeń w ciemny, zimowy wieczór. Krzyże w górę, moi drodzy parafianie - Francuzi z Justice wyszli na scenę.
Spodziewałam się wiele. Samo przesłuchiwanie A Cross The Universe wywoływało u mnie ciary, więc automatycznie doszłam do wniosku, że na żywo to będzie przeżycie nie do opisania. I znów czekało mnie rozczarownie. Nie było źle. Nie było źle, ale też dupy nie urwało. Jedyny epicki moment to Phantom pt. II zagrany na koniec - z resztą mówiłam, że chcę umrzeć na tym kawałku, i kurde, prawie mi się udało. Chyba nigdy w życiu tak nie skakałam. Ale cała reszta była zaledwie ok. Można było do tego potańczyć, no i nie mogę powiedzieć, że było źle - może po prostu miałam zbyt duże oczekiwania, ale faktem pozostaje, że nie był to najlepszy koncert mojego życia. Nie był nawet w pierwszej dziesiątce.
Dwa kolejne dni były już zdecydowanie bardziej udane. Piątek zaczęłam w końcu od polskiego wykonawcy - UL/KR, okupujący scenę Tent o godzinie 17. Grali bardzo ładnie i poprawnie, dużo w tym było uczucia. Bardzo też hipnotyzująco. Duży plus. Potem kolejna porcja polskiej muzyki - L.Stadt na scenie głównej. Bardzo dobry koncert, nie genialny, ale właśnie bardzo dobry. Polacy się tego dnia spisali. Ja pozostałam w okolicach Maina aby popatrzeć na Bloc Party. W sumie ich koncert mogłabym nazwać najdziwniej spędzonym koncertem w moim życiu, bo najpierw siedziałam, potem przeniosłam się bliżej sceny, potem spanikowałam pod wpływem zbliżającej się chmury i skryłam się w Lounge'u, skąd ruszyłam do Alter Space, a stamtąd z powrotem w stronę Maina - tak więc słuchałam, przemieszczając się. I z tego co usłyszałam mogę stwierdzić, że był to występ na wysokim poziomie, choć jak dla mnie czegoś tam zabrakło. Całe dotychczasowe zło tego Open'era miał mi zrekompensować zaplanowany na 22 występ Franz Ferdinand. Trochę bałam się oczekiwać czegokolwiek, ale jak się okazało - zupełnie niepotrzebnie. Zdecydowanie najlepszy koncert tej edycji i jeden z lepszych koncertów mojego życia. Nawet mimo tego, że Alex za bardzo się nie nagadał. Było tam po prostu wszystko: niesamowita energia, genialna setlista, świetna atmosfera w zespole - no miód na serce. Zniszczyli mnie kompletnie, pozytywnie oczywiście. A cover "I Feel Love"! A ta akcja kiedy wszyscy naraz zaczęli bębnić (widziałam to na jakimś ich koncercie już kiedyś, ale na żywo to się prezentuje o niebo lepiej)! Coś pięknego. Pomimo całkowitego fizycznego wyczerpania, zahaczyłam jeszcze o namiot, gdzie prezentowali się M83 - trochę smutne, że 50% ludzi przyszła jedynie po to, aby usłyszeć Midnight City, a jeszcze smutniejsze, że ci durni ludzie pchali się na sam przód. Ale i tak najsmutniejsze było to, że wrzucili ten zespół na Tent. Spokojnie udźwgnęliby Maina. Sam koncert niesamowity - taka magia, taki power... Na "We Own The Sky" autentycznie czułam jak moc przeze mnie przepływa. Mimo to nie dotrwałam do końca. Postanowiłam sprawdzić The Cardigans. Na scenie głownej wiało jednak nudą (choć wokalistka śliczna, trzeba przyznać), i nawet "My Favourite Game" nie pomogło. "Lovefool" słuchałam więc już w naszym isengardzkim apartamencie.
Wszelkie smutki i żale wynagrodził mi dzień ostatni. Zaczęłam od The KDMS - było bardzo fajnie, energetycznie, tanecznie i dyskotekowo, choć momentami trochę zalatywało festynem. Ale generalnie grali zachęcająco - może w przyszłości jakiś późniejszy slot, bo szkoda by taka bomba się marnowała. Następnie z ciekawości zobaczyłam kawałek Cool Kids of Death. Nic specjalnego, bez żalu uciekłam do namiotu - i bardzo dobrze, bo sekundę później lunął deszcz, po którym pole namiotowe zamieniło się w gigantyczne SPA z darmowymi jeziorami błotnymi. Jakiś czas potem skierowałam się w stronę Tent Stage, niewzruszenie mijając uzewnętrzniających się na Mainie Mumford & Sons. Zdecydowałam się zobaczyć Bat for Lashes, która mi w sumie kompletnie nie podchodziła, ale przynajmniej nie hejtowałam jej tak jak Mumfordów. Był to najlepszy wybór pod słońcem - koncert był piękny, Natasha zwiewna i powabna, atmosfera magiczna, i zdecydowanie zachęcił mnie do kolejnej próby zapoznania się z jej twórczością. Niestety musiałam wyjść wcześniej, gdyż na Main Stage właśnie rozkładała się Mars Volta. Tutaj pogoda mi bardzo pokrzyżowała plany, bo opóźnienia spowodowane ulewą sprawiły, że mogłam obejrzeć jeszcze mniejsze fragmenty i tak nakładających się na siebie koncertów. Straszne to było. Na Mars Volcie byłam więc przez jakieś 20 minut, i żałuję ogromnie, że tylko tyle - to, co Cedric wyrabia na scenie, nie mieści się w głowie. Akurat załapałam się na moment w którym całował kamerę. Te 20 minut nieco wyprało mi mózg, więc w sumie może i dobrze że nie mogłam zostać dłużej. A nie mogłam, bo scenę World właśnie przejmowała Janelle Monae. Była to moja pierwsza wizyta na tej scenie podczas edycji 2012.  Janelle pokazała absolutną klasę. Genialny show, zaplanowany w najmniejszym szczególiku od początku do końca, fantastyczny zespół, wokalistka - wulkan energii, nawet na chwilę nie pozwalała publiczności przestać tańczyć, piękne przemówienie przed "Cold War" i cholernie długi bis. Godzina i piętnaście minut minęły w mgnieniu oka, a ja odkładałam z kawałka na kawałek przemarsz na Friendly Fires do Tenta, zgodnie z myślą "dobra, pójdę po następnym". Skończyło się na tym, że zostałam do końca, a na Tent Stage zawitałam w tym samym momencie, w którym ze sceny zeszli chłopcy z FF. Lekki żal pozostał, ale serio - Janelle godnie mi to wynagrodziła. Ostatnim koncertem jedenastej edycji Open'era był dla mnie SBTRKT. Ostatnim i jednocześnie jednym z najlepszych. Duet zamienił namiot w egzotyczną dyskotekę, na nowo - i genialnie! - aranżując większość utworów. Było bardzo energetycznie, dziko i nieprzewidywalnie. Ja w moim stanie mogłam się tylko rytmicznie bujać, zahipnotyzowana tymi nieokiełznanymi bitami. Coś pięknego.

Podsumowując: troszkę dziwny był tegoroczny Open'er. Kompletnie nie czułam atmosfery, dobrych koncertów też było jak na lekarstwo, ale przynajmniej towarzysko się spełniłam - takie moje szczęście w tyrm roku, że co chwila jakiś zespół mijałam, albo innego celebrytę, albo i nie celebrytę. No i autografy od Yeasayerów, to jest niewątpliwie jakiś sukces. Ogólny ranking koncertów przedstawia się następująco:

5. Justice
4. Yeasayer
3. SBTRKT
2. Janelle Monae
1. Franz Ferdinand

To tyle ode mnie, i do zobaczenia za rok. Mam nadzieję.

3 komentarze:

  1. ja sie cieszylam na bon iver, bo kurde, to byl sliczny koncert, tyle dzwiekow, jedyny hejt na nich za to ze zagrali skinny love, a juz myslalam, ze nie bedzie. chlopcy ugieli sie publice :(
    dla mnie franze, janelle, bon iver, gogol bordello, sbtrkt. dalej juz nic.

    OdpowiedzUsuń
  2. aaa i jesli o franze jeszcze chodzi to chujz piosenkami ale ta perkusja <3

    OdpowiedzUsuń
  3. no to w sumie podobnie mamy :p tylko gogoli żaluje [*]

    OdpowiedzUsuń