wtorek, 9 lipca 2013

respiratory, ciasteczka i niespełnione marzenia o młyńskim kole = Open'er w roku 2013.

Każdego roku w okolicach Open'era można spokojnie spodziewać się z moich ust następujących trzech zdań:
1. "Novika na Open'erze, JESTEM W SZOKU."
2. "Jestem za stara, za rok nie jadę."
3. "Dziwny był ten Open'er."
Ponieważ dwa pierwsze mam już w tym roku za sobą (drugie nawet nie raz), przyszła pora na trzecie. A więc: dziwny był ten Open'er. Ale tym razem serio. W ogóle w tym roku notka nie będzie o koncertach (nie no, dobra, koncerty też będą, ale nie jako główny punkt notki), tylko o moich wewnętrznych rozterkach i przemyśleniach, więc będzie bardzo nudno i generalnie możecie już spadać.

1. Nocleg i dojazdy. Być może część z Was pamięta, że w zeszłym roku bardzo narzekałam na warunki na polu i oczywiście na to, że jestem już za stara na jakieś namioty, a moje styrane i schorowane ciało potrzebuje komfortu i luksusu w miejsce brudu, wilgoci i smrodu. Kierowana tymi (między innymi) pobudkami, podczas tegorocznej edycji zrezygnowałam z pola namiotowego - zdecydowałam się dojeżdżać na Babie Doły, co też nie było jakimś super genialnym rozwiązaniem, bo najpierw pół godziny skmką, potem pół godziny (co najmniej) autobusem - generalnie pierwszego dnia dojazd zajął mi łącznie dwie godziny :))) Byłam jednak dobrej myśli, bo chyba warto poświęcić więcej czasu na dojazdy, ale za to być umytym i wypoczętym, a w rezultacie cieszyć się większym komfortem psychicznym i mieć więcej energii na kolejne pełne wrażeń dni. Niestety, okazało się, że przez ostatni rok mój organizm postarzał się o 40 lat. Wobec tego mój Open'er wyglądał następująco: pierwszy dzień - spoko; drugi dzień - mega spoko; trzeci dzień - kryzys i masakra; czwarty dzień - masakra i spanie na wszystkich koncertach (serio, nawet nie miałam siły stać). Oprócz faktu, że nie chodziłam brudna i śmierdząca a po powrocie mogłam legnąć we własnym, miękkim łóżku (NAJLEPSZE UCZUCIE EVER, polecam), rezygnacja z pola namiotowego nie sprawiła, że magicznie zyskałam miliard do energii życiowej (chociaż spałam o wiele dłużej i lepiej niż zazwyczaj na polu). 

2. Atmosfera. Mimo tego, że nie żałuję rezygnacji z pola, to jednak mam wrażenie, że wpłynęła ona znacząco na mój odbiór festiwalu. To już nie było - tak jak do tej pory - odcięcie się od wszystkiego. Nie wiem, czy potrafię to wytłumaczyć. Chodzi o to, że nie czułam się jakbym BYŁA na Open'erze, a tylko - jakbym na niego dojeżdżała. Tak, ja wiem, że w sumie to jest całkiem logiczne, ale nie chodzi mi w tym momencie o faktyczną sytuację tylko bardziej o odczucia. Tak czy siak, o mój brak wczucia obwiniam a) to, że nie nocowałam na polu, ewentualnie b) starość, oczywiście. 

3. Open'er pod względem towarzyskim + randomowe spotkania. W tym roku zmieniła mi się trochę ekipa, w tym sensie, że przebywałam więcej z innymi ludźmi niż rok, dwa czy trzy lata temu, i to było nieco... specyficzne. Ale ogólnie pod względem towarzyskim ten Open'er przebił chyba wszystkie poprzednie edycje. Ośmielę się wręcz stwierdzić, że było o wiele lepiej niż pod względem muzycznym. Natomiast smutno było jeśli chodzi o randomowe spotkania. To chyba mój ulubiony aspekt Open'era - fakt, że w jednym miejscu możesz spotkać zarówno mnóstwo znajomych, jak i znajomych jedynie z widzenia - muzyków, aktorów, blogerów, artystów, którzy przed chwilą występowali na scenie obok, a teraz wędrują sobie po terenie festiwalu. Niby nic niesamowitego, ale jest w tym coś fajnego. Niestety w tym roku niewiele było takich spotkań. Ale udało mi się minąć naszego ulubionego aktora, pewnego słynnego blogera (nawet dwa razy) i parę innych osób. 

4. Pierwsze razy. Podczas tegorocznego Open'era udało mi się zrobić kilka rzeczy, których na owym festiwalu nie robiłam nigdy wcześniej. I tak oto: po raz pierwszy byłam pijana na Open'erze. Ba, po raz pierwszy chyba w ogóle piłam piwo podczas takiej imprezy. Wiem, trochę lama, ale po prostu do niedawna nie lubiłam i nie pijałam piwa w ogóle, a perspektywa koncertów po pijaku nie wydawała mi się na tyle kusząca, żeby kombinować z przemycaniem jakiegokolwiek innego alkoholu. Natomiast w tym roku, jako że koncertowo było dla mnie dość średnio, musiałam sobie zapewnić jakąś inną rozrywkę. No i tak wyszło. Również po raz pierwszy w tym roku poszłam (i tańczyłam, co więcej) na Beat Stage. Po raz pierwszy udało mi się trafić - i to nie raz - na papier toaletowy w toi toiach. Po raz pierwszy spędziłam tyle czasu w strefach gastro. Po raz pierwszy przespałam (/przeleżałam) więcej koncertów, niż przetańczyłam. Po raz pierwszy nie zależało mi w ogóle na miejscu pod sceną. Po raz pierwszy nie wypiłam ani razu niczego bezalkoholowego. Po raz pierwszy nie zjadłam długiej żelki (ale o tym potem). Wreszcie: po raz pierwszy bardziej niż koncerty interesowały mnie spotkania ze znajomymi i spędzanie czasu na festiwalu samo w sobie.

5. Koncerty. Jak już zdarzyło mi się niejednokrotnie wspomnieć w tej notce, dla mnie nie był to mocny koncertowo Open'er. Naliczyłam zaledwie cztery (słownie: CZTERY) koncerty, które stanowiły absolutny must see. Cała reszta była mi albo obojętna, albo zupełnie obojętna. Na hejt jakoś nie miałam ochoty w tym roku, aczkolwiek nie omieszkam tutaj pewnych rzeczy skomentować. Od początku więc: dzień pierwszy. Kategoria "koncerty, na których chciałam być, ale oczywiście nie zdążyłam": Patrick the Pan i Dawid Podsiadło. To było wtedy, gdy jechałam na festiwal dwie godziny. Kategoria "widziałam, ale w ogóle mnie to nie wzruszyło": Mikromusic, Editors i Savages. Mikromusic są tacy, sama nie wiem... niby to ładne i w ogóle, ale dla mnie chyba trochę za bardzo zamulają jednak. Editorsów w sumie całkiem lubię, tylko niestety większość ich piosenek jest do siebie strasznie podobna, a mi najbardziej podoba się ich trzecia płyta. Niestety akurat w tej części koncertu, w której uczestniczyłam, grali głównie dwie pierwsze. Żałuję, że nie zostałam dłużej, bo podobno Papillon był epicki, ale cóż. Ogólnie koncert wydał mi się mało porywający i generalnie nic specjalnego, ale może to tylko moje skrzywienie. Natomiast z Savages mam mały problem, bo wydają się być ciekawym zespołem i na żywo też wypadły całkiem interesująco, ale jakoś nie potrafię się do nich przekonać. Następna kategoria "koncert na który czekałam od dwóch lat": Blur. Powiem tak: to był bardzo dobry koncert. Od razu widać było, że zespół zna się na rzeczy. Uwielbiam takie występy: profesjonalne, pełne energii i radości ze wspólnego grania. Ale... nic ponadto. Na pewno nie przebili Pulp (ale charyzmę Jarvisa chyba ciężko przebić). To był tylko - a może aż - bardzo dobry koncert. Ale! Miał kilka tzw. momentów. Jednym z nich był Damon, ze skromnym uśmiechem oświadczający publiczności: "you're beautiful". Kolejnym, takim, który zapamiętam na długo długo, i chyba do końca życia pozostanie jednym z moich ulubionych wspomnień, był refren This Is A Low. Piosenki, której w wersji studyjnej nawet nie lubię. A podczas koncertu nagle odkryłam, że to ballady są mocnym punktem Blur. Pieprzyć Song 2, Parklife, Country House, itd. Te kawałki, chociaż zagrane z niesamowitą mocą, nawet w połowie nie wsiadły mi na psychę tak, jak wspomniane This Is A Low. N I G D Y nie zapomnę twarzy i głosu Albarna podczas wykonywania refrenu, tych zgromadzonych w nim emocji. Być może to tylko wyuczony trick - w takim razie szacun, bo kupił mnie całą. 
Kategoria "chciałam zobaczyć bardzo bardzo, ale byłam zbyt zmęczona i nie chciało mi się zapieprzać na Tent": Alt-J. Kategoria "chciałam zobaczyć bardzo bardzo, ale byłam zbyt zmęczona i w połowie poszłam do domu": Kendrick Lamar. Natomiast ta połowa którą widziałam... hmm. Było ok. Może nawet lepiej niż ok. Ale czegoś mi zabrakło, coś nie do końca zagrało. W sumie bez większych emocji. 
Dzień drugi: kategoria "chciałam zobaczyć, ale się spóźniłam, bo browar w gastro": Xxanaxx. Kategoria "chciałam iść bardziej z ciekawości, ale nie poszłam bo byłam pod wpływem i jadłam jabłko w czekoladzie": Tame Impala. Jednakowoż wszystko słyszałam, gdyż jabłko owo spożywałam w strefie gastro najbliżej Main Stage, sorry, Open'er Stage. Nie mam przemyśleń. Kategoria "na ten koncert dziś się tu przyturlałam": Arctic Monkeys. Impreza do zapamiętania przede wszystkim dlatego, że wytańczyłam się chyba najbardziej na świecie. Nieco się obawiałam tego występu, bo po poprzednim koncercie był na Małpy straszny hejt. Ale było naprawdę godnie. Wykonanie na bardzo wysokim poziomie, mnóóóóóstwo energii, szybsze kawałki - zwłaszcza I Bet... to był mega rozpierdol, wolniejsze (Do Me A Favour i 505) zapewniały maksymalną dawkę emocji, a na Mardy Bum nawet uroniłam łzę. Z pobudek osobistych. Nie że aż tak smutno było. 
Kategoria "chciałam zobaczyć, ale poszłam na Beat Stage": Nick Cave. Kategoria "Beat Stage": Miko Czajkowski!!! To był tak piękny set. Gdyby nie bolało mnie wszystko po Małpach, cała miejscówa pod sceną byłaby moja.
Dzień trzeci: kategoria "bardzo nie chciałam widzieć ani słyszeć, ale niestety akurat przechodziłam obok Maina": Skunk Anansie. Błagam, nigdy więcej. Kategoria "w sumie nie chciałam iść, ale poszłam i akurat zagrali piosenkę którą uwielbiam więc było spoko": These New Puritans. TEN KAWAŁEK. Kategoria: "Queens of the Stone Age" (ew. "Czekałam na ten koncert od X lat"). Jezu. Co to w ogóle było. Aż wrzucę Wam to:
bo słowami się tego opowiedzieć nie da. Coś niesamowitego. Jak to ładnie opisał pewien portal muzyczny na fejsbuku, zbiorowa orgia. Pomijając ogólne szaleństwo, energię i wszystko, wszystko, to Make It Wit Chu przechodzi do mojego panteonu koncertowych wersji kawałków. Przed koncertem średnio lubiłam ten numer, ale to, w jaki sposób oni to zagrali... nie do opisania. Za to do przeżycia. Zdecydowanie. No i Josh, Josh... nie mogę. Po prostu nie mogę.
Kategoria "WIKSA": Disclosure. Dla mnie w zasadzie jedyna sensowna elektronika na tegorocznym Open'erze (Beat Stage, choć zajebisty, nie liczy się, o Crystal Castles nawet nie wspomnę bo szkoda mi na nich miejsca w internetach, o Crystal Fighters będzie później), ALE ZA TO JAKA. Top 3 najlepszych imprez w moim życiu, zaraz obok zeszłorocznego SBTRKT i FreeFormowego Breakbota. Takich owacji jakie dostali po White Noise nie słyszałam chyba nigdy w życiu. To co się działo na Latch to była jakaś totalna masakra, w pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście. Co prawda początek, kiedy to grali stare kawałki, był trochę słabszy, ale jak już poleciały numery z albumu, to rozpętało się piekło. Bardzo, bardzo dobry set.
Dzień czwarty, kategoria "ale to już było, i nie wróci więcej": Crystal Fighters. Nie lubię tego zespołu odkąd zaczęli go lubić wszyscy wokół i w zasadzie nie chciałam iść na ich koncert, choć ten sprzed dwóch (bodajże) lat wspominam bardzo dobrze. Buk tak chciał że jednak się tam zjawiłam, i wnioski mam następujące: i) nie wiem czy to wina miejsca w którym stałam, ale mam wrażenie że strasznie spierdolili im nagłośnienie. Basy były chyba ustawione do oporu, dudniło koszmarnie, dźwięk był jakiś płaski i generalnie tragedia. ii) pech chciał że trafiłam na moment gdy grali kawałki z drugiej płyty, której nie znoszę, więc słabo. iii) wciąż jednak lubię Xtatic Truth, uważam że to mocny numer z mądrym tekstem, który dodatkowo dobrze łoi, więc trochę się pobujałam. Było ok. Podsumowując: nie byłam na całym koncercie więc nie dam sobie za swoje słowa ręki uciąć, ale mam wrażenie że namiot był zdecydowanie lepszym miejscem dla nich. Tak czy inaczej, wciąż potrafią rozkręcić imprezę. A że mnie taka impreza nie jara to już inna sprawa. Kategoria "najnudniejszy koncert ever": Kings of Leon. Na początek zdanie sprostowania. Nie, nie lubię KoL. Tak, uważam ich za słaby zespół z nudnymi piosenkami (oprócz Closer). Nie, nie szłam na ten koncert uprzedzona. Prawdopodobnie nikt, kto mnie zna, w to nie uwierzy, ale zawsze gdy idę na koncert, w mojej głowie pod nazwą danego artysty pojawia się tabula rasa. Zapominam o wszystkich uprzedzeniach i daję kolejną szansę, bo nie raz zdarzyło mi się już tak, że artysta którego nie lubiłam zachwycił mnie na żywo, i na odwrót - ci ulubieni dali ciała, i to potężnie. Gdy szłam na koncert KoL, w głowie miałam założenie, iż w końcu jest to, do kroćset, zespół na światowym poziomie. Od takich zespołów zazwyczaj spokojnie można wymagać sporo na żywo, i wiele z nich takim wymaganiom daje radę sprostać. Jakże się myliłam. Spodziewałam się solidnego występu. Przynajmniej minimalnej dawki energii. Jakichś - jakichkolwiek! - emocji. Nie otrzymałam niczego. W zamian za to prawie zasnęłam na trawie. Nie dziwię się, że poszła jakaś plota o graniu z playbacku, bo to serio tak brzmiało. Kawałki były IDENTYCZNE jak na płytach. Powtórzę raz jeszcze: IDENTYCZNE. Energii zero. Emocje jakieś znikome, jeśli w ogóle. Kontakt z publicznością praktycznie zerowy, oprócz jakichś typowych frazesów. Jezu, to było tak straszne. A najgorsze było to, że zagrali Closer, czyli jedyną ich piosenkę, jaką lubię, i to było coś tak złego. Bo zagrali to totalnie bez emocji i oczywiście tak samo jak na płycie. No płyty to ja sobie mogę w domu posłuchać, dzięki wielkie. Jedyny fajny moment związany z tym koncertem to ten, kiedy na Sex on Fire poszliśmy do Pawilonu Heinekena i obserwowaliśmy tłum z tarasu. Widok był faktycznie niesamowity. Ale tylko widok. Kategoria "śpimy dalej": Devendra Banhart i Animal Collective. Nie żeby było źle, po prostu miałam jakiś taki senny dzień, a ilość psychodelii w powietrzu podczas tych dwóch koncertów zdecydowanie mnie przerósł. Zwłaszcza w przypadku Animali. Z resztą ja nigdy nie czaiłam fenomenu tego zespołu, i tak już chyba pozostanie do końca mego nędznego życia. Devendra był całkiem sympatyczny, na tyle na ile zdążyłam ogarnąć.

6. Rihanna. Będzie krótko, bo i tak już pewnie wiecie wszystko z 46327528345 innych źródeł. Bardzo mnie ten koncert rozczarował. Spodziewałam się show na wysokim poziomie, a niestety dostałam coś bardzo przeciętnego. Nieco lepiej wypadła sama końcówka koncertu - dało się nawet poskakać i podrzeć japę, ale początek to były same smutne chwile. Dobrze, że darmowe. 

7. Plusy. Czyli dobre chwile, niezapomniane momenty, słuszne decyzje i inne fajne sprawy. Na pewno wspomniane "This Is A Low", i przy okazji także "Make It Wit Chu". Dwa najlepsze motywy tego festiwalu. "Mardy Bum" - też do zapamiętania. Przeniesienie Red Bull Stage'a na bok, tak, że ludzie nie wiksowali już na środku betonu - piękna decyzja, podziękowania z głębi serca mego. Beat Stage - moje tegoroczne odkrycie, trzeba bywać częściej. Desperadosy. Grube frytki (!!! <3). Papier w toiach. Owoce w czekoladzie. POGODA. Sex On Fire na tarasie. Przystojni kolesie machający do nas ze swojego vixomobilu. Bifory w krzakach. Darmowe durexy w strefie NGO. No i ludzie - jacyś milsi i generalnie bardziej w klimacie niż ostatnio. 

8. Minusy. Po pierwsze - i najważniejsze - NIE BYŁO DŁUGICH ŻELEK. Tyle bólu. Tyle cierpienia. Jak żyć... Poza tym, znów chyba mniej gratisów niż rok temu. Spotkanie licealnej miłości (nie polecam). To, że nie udało mi się iść na Silent Disco, bo kolejki i w ogóle. To, że prawie poszłam na młyńskie koło, ale jednak nie, bo KTOŚ zapomniał kuponów. (worst feeling ever). Ominięcie połowy Kendricka. Ominięcie Alt-J. Frustracja seksualna (zakochałam się z pięćset razy. W tym raz w Damonie, raz w Alexie i raz w Joshu). Ból wszystkiego i zmęczenie. Dziwna polityka z opaskami (koleś z ochrony kazał mi się cofać po nową opaskę bo istniała 1% szansa że poprzednią mogłam sobie ściągnąć). 

9. Podsumowanie. Sama już nie wiem, czy faktycznie robię się za stara na takie imprezy, czy po prostu średni line-up tak na mnie wpłynął, ale cóż... dziwny był ten Open'er. Bardzo dziwny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz