czwartek, 9 stycznia 2014

Płyty, które zrobiły mi rok.

Oprócz bloga, w zeszłym roku zaniedbałam również moją edukację muzyczną, gdyż nagle przestało mi się chcieć ogarniać wszystkie premiery i nowości. W rezultacie czuję, że sporo mnie ominęło, a mój Spotify pełen jest nieprzesłuchanych albumów z ubiegłego roku, czekających na lepsze czasy. Co ważniejsze rzeczy udało mi się jednak ogarnąć, no i jakimś cudem dałam radę wybrać pięć albumów, które szczególnie mnie oczarowały. (Miley Cyrus sobie darowałam, bo i tak już się ze mnie śmieją.)

1. Justin Timberlake - The 20/20 Experience Part 1 (I TYLKO 1)

Album bardzo dobrze zrobiony. Fajne jest to, że obok typowych radiowych bangerów typu Mirrors* znajdziemy bardziej rozbudowane i zdecydowanie mniej radiowe kompozycje (chociażby Don't Hold The Wall). Niesamowicie przyjemnie mi się tej płyty słuchało, może dzięki temu, że jest ona solidnie dopracowana a melodie są naprawdę dobre i błyskawicznie chwytają. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o kontynuacji albumu, która jest zdecydowanie gorsza i zwyczajnie nudna. 

*fenomenu tego kawałka po dziś dzień nie jestem w stanie zrozumieć; osobiście na luzie mogłabym uznać ten numer za najsłabszy na płycie, jest tak bardzo nijaki, że to aż smutne - zwłaszcza w zestawieniu z resztą albumu.

2. James Blake - Overgrown

Ta płyta jest po prostu piękna. Bardziej jakby... melodyjna, czy nawet piosenkowa, niż debiut Blake'a. Singlowy Retrograde to jeden z najlepszych utworów ubiegłego roku, z tym klimatycznym narastaniem, z uderzeniem w refrenie, a do tego tak ślicznie smutny, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. W ogóle cała ta płyta jest dość smutna. I taka niepokojąca. Nie żeby muzyka Blake'a kiedykolwiek była wesoła, no ale.

3. Rebeka - Hellada

Lubię tę płytę, bo oprócz tego, że jest oczywiście mega dobra i praktycznie każdy numer łoi konkretnie, to jeszcze zrobiła mi końcówkę maja i czerwiec, które były dla mnie bardzo szczególnymi miesiącami. Przez to już chyba zawsze będę mieć do niej szczególny sentyment. A poza tym polecam fanom dobrej elektroniki, bo te kawałki są na serio piękne. 

4. Disclosure - Settle

!!! Chyba moja ulubiona płyta zeszłego roku. Są na niej kawałki, które kocham, są takie, przy których płakałam, są i takie, których nienawidzę, bo kojarzą mi się koszmarnie. Są numery, do których przetańczyłam noce, są utwory, które kojarzą mi się z konkretnymi ludźmi, miejscami, uczuciami, sytuacjami... A oprócz tego, że - jak widać - ma dla mnie ogromną wartość sentymentalną, jest po prostu zabójczo dobra. Jezu, no przecież każdy numer mógłby być tu singlem i każdy tak samo zniszczyłby listy hiciorów. Plus, jakby tego było mało, GE-NIAL-NY set na Open'erze. Chyba nigdy nie miałam tak, że mogłam nazwać jakąś płytę soundtrackiem mojego roku, ale tym razem tak jest. Pół życia w 2013 minęło mi przy tych kawałkach. Polecam, Babis.

5. AlunaGeorge - Body Music

Last but not least. Aluna i Grzesiu wrzucili tyle hiciorków na ten album, że spokojnie starczyłoby im na jakieś trzy, gdyby zdecydowaliby się je poprzeplatać jakimiś nudnymi zapychaczami. Ale nie. Urocza jest ta płyta. I dobra, oooj, bardzo dobra. Najgorzej, że czasem się nuci po parę kawałków naraz, i nie idzie się połapać. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz