środa, 5 lutego 2014

10 powodów, dla których warto było obejrzeć Grammys

W tym roku chyba po raz pierwszy postanowiłam obejrzeć rozdanie nagród Grammy. (chociaż za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, czy w zeszłym roku też ich przypadkiem nie oglądałam, więc stuprocentowej pewności nie mam.) W sumie nie wiem nawet czemu, nie miałam jakiegoś szczególnie mocnego ciśnienia, ale zewsząd słyszałam podniecone głosy, że Bijąse, że Queens of the Stone Age, że Daft Punk, postanowiłam więc poświęcić te 2 godziny i 45 minut i dowiedzieć się, o co konkretnie biega. I wiecie co Wam powiem? Totalnie było warto. Pomijając pojedyncze nudne momenty, jak występ Taylor Swift i rozdanie w kategorii Best Country Artist czy jakoś tak (po seansie doszłam z resztą do wniosku, że najgorsza cecha Amerykanów to zamiłowanie do muzyki country. I ono nie przeminie. Nigdy.), gala była przezabawna, większość występów bardzo dobra (w sumie oprócz Katy Perry, która wg mnie nie dość, że źle dobrała repertuar, bo takie Roar ma zdecydowanie większy potencjał "hymnowy" i sprawdziłoby się o wiele lepiej, to jeszcze wymyśliła sobie tragiczną oprawę występu, nikt mnie bardziej nie rozczarował), i nawet z wyborem wygranych się w większości zgadzałam. Całość komentowałam na bieżąco na twitterze (naprawdę, za dużo lolcontentu aby dusić to w sobie) i dzięki temu teraz byłam w stanie zebrać dziesięć najfajniejszych, najzabawniejszych, najbardziej rozczulających momentów gali. Do dzieła więc!

1. Imagine Dragons i Kendrick Lamar

Wow. Wow. Wow. Spokojnie drugi najlepszy performance tegorocznych Grammy. Można określić tylko jednym słowem: EPICKOŚĆ. Zapis poniżej:



2. Prawdziwe oblicze Robina Thicke

Całkiem niespodziewanie okazało się, że kiedy Robin nie śpiewa o podrywaniu/zaliczaniu lasek, nie ma pod nosem twerkującej małolaty oraz nie ubierze się jak włoski alfons, staje się prawdziwym dżentelmenem z klasą. Do tego stopnia, że jak w tym swoim garniaku zaczął wyśpiewywać Blurred Lines, to wydawało się to trochę... nie na miejscu. Tak jest. Byłam w niemałym szoku. Polecam.


3. Włosy Beyonce

Sam jej występ nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, jakiego oczekiwałam, biorąc pod uwagę reakcję internetów, natomiast jej włosy to coś cudownego. Zakochałam się w nich. Chcę mieć z nimi dzieci. Zabiłabym dla takich włosów. Mimo tego, że etap ombre mam już za sobą, to dla nich zrobiłabym wyjątek. Serio. Najpiękniejsza rzecz jaką widziałam w życiu. Dajcie mi takie włosy.



(focisze stąd i stąd)

4. Artyści tańczący do Get Lucky

Jest taki genialny artykuł o nazwie Grammys Dancing GIFs. W tym artykule znajdziecie, jak sama nazwa wskazuje, artystów tańczących podczas różnych występów. Ja chcę tylko powiedzieć, że najlepsze balety miały miejsce na Get Lucky. Osobiście, mam troje faworytów:

Steven Tyler kręcący młynki

Paul McCartney, który ma najsłodszą buźkę na świecie, wywija rączkami

Yoko Ono zawsze za pokojem. Obok niej buja się synek, łudząco podobny do tatusia.

Wszystkie gify z ww. strony.

5. Dramatyczna Taylor Swift

Nawet nie wiecie, jak mi ulżyło, kiedy następnego dnia po obejrzeniu Grammys znalazłam w sieci ten oto filmik:


Moją pierwszą myślą było: UFF, więc nie tylko dla mnie wyglądało to dziwnie. To był... jeden z najdziwniejszych momentów gali. Laska jest nieco awkward.

6. Lorde

To dziewczę jest niesamowite. Wprost nie da się jej nie lubić. Te miny za każdym razem razem, gdy coś wygrywała, zaskoczenie, niedowierzanie, skromność i łamiący się głos, a przecież...

7. ... jej występ był kolejną perełką.

I jak tak go sobie oglądałam i słuchałam jej głosu, tego, jak na luzaku przechodziła od szeptów wręcz, do śpiewu pełnym głosem na najwyższych tonach, to doszłam do wniosku, że jest to jedna z naprawdę NIEWIELU wokalistów, podczas śpiewu których nie boję się, że zaraz stracą oni głos. Albo wejdą w zły dźwięk. Albo pomylą tonację. Po niej po prostu czuć, że wszystko ma pod kontrolą, że doskonale panuje nad swoim głosem i zna swoje - naprawdę ogromne - możliwości. Po prostu kiedy jej słucham, to jestem spokojna, wiem, że żadna niespodzianka się nie wydarzy - mimo tego że czasem sprawia wrażenie, jakby miała nie dociągnąć jakiejś nuty. Nic bardziej mylnego. Klasa.


8. Pharrell Williams...

Musiałam zawrzeć punkt z czymś miłym dla oka. Pharrell to niekwestionowany bohater tegorocznej gali i przyczyna moich wszelkich frustracji, zamieszczam więc parę fot w ramach złapania oddechu.

Pharrell i Paul

Pharrell śpiewający

znalazł się nawet jakiś mem

Pharrell z Daftpankami

Pharrell śpiewający z Nilem i Steviem


9. ...oraz fakt, że biedak musiał za Daft Punków wygłaszać wszystkie podziękowania

Bo to było niesamowicie wręcz zabawne. Gif dokumentujący:


W pewnym momencie powiedział coś w stylu: "The robots would like to thank...", co też było całkiem zabawne, hehe.

10. QOTSA + NIN + Grohl

Niech przemówi nagranie:


Na koniec chciałam tylko dodać, że, jak już wspomniałam, występ Beyonce i Jaya, którym jarały się całe internety, na mnie nie zrobił wrażenia. Nie wzruszył mnie też inny moment podjarki, którym było ileśtam par biorących ślub do śpiewającej Madonny. Może dlatego, że mnie ogólnie śluby nie jarają. Ponadto uważam Kendricka za chyba najbardziej poszkodowanego artystę - nagrać tak dobrą płytę i przegrać z Macklemorem, wielki smutek...

Ponadto wrzucam Wam na do widzenia coś, o czym świat nigdy nie powinien zapomnieć, a ja osobiście tego dopilnuję. GET LUCKY!


czwartek, 9 stycznia 2014

Płyty, które zrobiły mi rok.

Oprócz bloga, w zeszłym roku zaniedbałam również moją edukację muzyczną, gdyż nagle przestało mi się chcieć ogarniać wszystkie premiery i nowości. W rezultacie czuję, że sporo mnie ominęło, a mój Spotify pełen jest nieprzesłuchanych albumów z ubiegłego roku, czekających na lepsze czasy. Co ważniejsze rzeczy udało mi się jednak ogarnąć, no i jakimś cudem dałam radę wybrać pięć albumów, które szczególnie mnie oczarowały. (Miley Cyrus sobie darowałam, bo i tak już się ze mnie śmieją.)

1. Justin Timberlake - The 20/20 Experience Part 1 (I TYLKO 1)

Album bardzo dobrze zrobiony. Fajne jest to, że obok typowych radiowych bangerów typu Mirrors* znajdziemy bardziej rozbudowane i zdecydowanie mniej radiowe kompozycje (chociażby Don't Hold The Wall). Niesamowicie przyjemnie mi się tej płyty słuchało, może dzięki temu, że jest ona solidnie dopracowana a melodie są naprawdę dobre i błyskawicznie chwytają. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o kontynuacji albumu, która jest zdecydowanie gorsza i zwyczajnie nudna. 

*fenomenu tego kawałka po dziś dzień nie jestem w stanie zrozumieć; osobiście na luzie mogłabym uznać ten numer za najsłabszy na płycie, jest tak bardzo nijaki, że to aż smutne - zwłaszcza w zestawieniu z resztą albumu.

2. James Blake - Overgrown

Ta płyta jest po prostu piękna. Bardziej jakby... melodyjna, czy nawet piosenkowa, niż debiut Blake'a. Singlowy Retrograde to jeden z najlepszych utworów ubiegłego roku, z tym klimatycznym narastaniem, z uderzeniem w refrenie, a do tego tak ślicznie smutny, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. W ogóle cała ta płyta jest dość smutna. I taka niepokojąca. Nie żeby muzyka Blake'a kiedykolwiek była wesoła, no ale.

3. Rebeka - Hellada

Lubię tę płytę, bo oprócz tego, że jest oczywiście mega dobra i praktycznie każdy numer łoi konkretnie, to jeszcze zrobiła mi końcówkę maja i czerwiec, które były dla mnie bardzo szczególnymi miesiącami. Przez to już chyba zawsze będę mieć do niej szczególny sentyment. A poza tym polecam fanom dobrej elektroniki, bo te kawałki są na serio piękne. 

4. Disclosure - Settle

!!! Chyba moja ulubiona płyta zeszłego roku. Są na niej kawałki, które kocham, są takie, przy których płakałam, są i takie, których nienawidzę, bo kojarzą mi się koszmarnie. Są numery, do których przetańczyłam noce, są utwory, które kojarzą mi się z konkretnymi ludźmi, miejscami, uczuciami, sytuacjami... A oprócz tego, że - jak widać - ma dla mnie ogromną wartość sentymentalną, jest po prostu zabójczo dobra. Jezu, no przecież każdy numer mógłby być tu singlem i każdy tak samo zniszczyłby listy hiciorów. Plus, jakby tego było mało, GE-NIAL-NY set na Open'erze. Chyba nigdy nie miałam tak, że mogłam nazwać jakąś płytę soundtrackiem mojego roku, ale tym razem tak jest. Pół życia w 2013 minęło mi przy tych kawałkach. Polecam, Babis.

5. AlunaGeorge - Body Music

Last but not least. Aluna i Grzesiu wrzucili tyle hiciorków na ten album, że spokojnie starczyłoby im na jakieś trzy, gdyby zdecydowaliby się je poprzeplatać jakimiś nudnymi zapychaczami. Ale nie. Urocza jest ta płyta. I dobra, oooj, bardzo dobra. Najgorzej, że czasem się nuci po parę kawałków naraz, i nie idzie się połapać. 


poniedziałek, 6 stycznia 2014

2014

Nie da się ukryć, że przez ostatni rok traktowałam bloga po macoszemu. Bardzo chciałabym się z tego wytłumaczyć, ale niestety chyba nie potrafię. Straciłam wenę, straciłam serce, straciłam również motywację. Do tego działo się dużo i siłą rzeczy blog zszedł na dalszy plan. Przykro mi to stwierdzić, ale nawet mi go nie brakowało. Nie miałam pomysłów, przestałam widzieć w tym jakikolwiek sens i zwyczajnie mi się odechciało. Ale ostatnio coraz bardziej tęsknię za pisaniem. Tyle że nie takim jak do tej pory. Nie chcę szufladkować tego bloga, nie chcę się ograniczać do tylko jednego tematu, choć może tak byłoby lepiej, z różnych względów. Nie będę ukrywać, że pisanie o muzyce nie jara mnie już tak jak kiedyś, za to jest parę innych spraw, które chętnie bym poruszyła. Muzyka nie zniknie jednak całkowicie z tego bloga - byłoby to chyba niemożliwe, biorąc pod uwagę jak dużą rolę odgrywa w moim życiu. Po prostu nie będzie jej tyle, co do tej pory, plus pojawią się inne tematy. To wiem na pewno.

Tym razem nie będę zapowiadać żadnych zmian. Sama jeszcze nie wiem, jak to wszystko ma wyglądać - czy zmienić nazwę i adres, czy może pozostać przy starej. Czy zrobić jakieś konkretne cykle, czy po prostu pisać "jak leci". Postanowiłam podejść do tego powoli i spokojnie, poobserwować jak rozwinie się sytuacja, czy będzie w ogóle potrzeba jakichkolwiek zmian. I nie obiecuję, że będę pisać co dwa dni. Będą zdarzać się miesięczne przerwy między wpisami, tego jestem pewna, mam jednak nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie ich bardzo mało :)

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy chłonęłam ogromne ilości przeróżnych internetowych treści. Wkręciłam się w temat dość mocno, przeczytałam pewnie jakieś setki tekstów, zebrałam od cholery inspiracji i pomysłów, wyciągnęłam wnioski, podpatrzyłam to i owo i mam dużą nadzieję, że to wszystko teraz zaowocuje. Czas pokaże.

A żeby nie było, że przychodzę z pustymi rękami i próbuję Was omamić, roztaczając wizje pięknej przyszłości - oto specjalnie dla Was moje autorskie muzyczne podsumowanie ubiegłego roku. 96 utworów zebranych na jednej spotifajowej playliście. Chyba lepsze rozwiązanie niż YouTube, z którego kawałki lubią sobie często gęsto znikać, a już na pewno lepsze od średniowiecznego wypisywania utworów jeden pod drugim, z linkiem do każdego... Śmiem ponadto twierdzić, iż jest to najbardziej zróżnicowane zestawienie jakie w życiu zrobiłam. Wyjątkowo dużo tu popu, którego zwykle było u mnie nie za wiele, dużo też elektroniki wszelakiej, ale spoko, nie zabrakło też klasyków, jakichś rokendroli no i rzecz jasna rapsów. Łapcie i smacznego.



wtorek, 9 lipca 2013

respiratory, ciasteczka i niespełnione marzenia o młyńskim kole = Open'er w roku 2013.

Każdego roku w okolicach Open'era można spokojnie spodziewać się z moich ust następujących trzech zdań:
1. "Novika na Open'erze, JESTEM W SZOKU."
2. "Jestem za stara, za rok nie jadę."
3. "Dziwny był ten Open'er."
Ponieważ dwa pierwsze mam już w tym roku za sobą (drugie nawet nie raz), przyszła pora na trzecie. A więc: dziwny był ten Open'er. Ale tym razem serio. W ogóle w tym roku notka nie będzie o koncertach (nie no, dobra, koncerty też będą, ale nie jako główny punkt notki), tylko o moich wewnętrznych rozterkach i przemyśleniach, więc będzie bardzo nudno i generalnie możecie już spadać.

1. Nocleg i dojazdy. Być może część z Was pamięta, że w zeszłym roku bardzo narzekałam na warunki na polu i oczywiście na to, że jestem już za stara na jakieś namioty, a moje styrane i schorowane ciało potrzebuje komfortu i luksusu w miejsce brudu, wilgoci i smrodu. Kierowana tymi (między innymi) pobudkami, podczas tegorocznej edycji zrezygnowałam z pola namiotowego - zdecydowałam się dojeżdżać na Babie Doły, co też nie było jakimś super genialnym rozwiązaniem, bo najpierw pół godziny skmką, potem pół godziny (co najmniej) autobusem - generalnie pierwszego dnia dojazd zajął mi łącznie dwie godziny :))) Byłam jednak dobrej myśli, bo chyba warto poświęcić więcej czasu na dojazdy, ale za to być umytym i wypoczętym, a w rezultacie cieszyć się większym komfortem psychicznym i mieć więcej energii na kolejne pełne wrażeń dni. Niestety, okazało się, że przez ostatni rok mój organizm postarzał się o 40 lat. Wobec tego mój Open'er wyglądał następująco: pierwszy dzień - spoko; drugi dzień - mega spoko; trzeci dzień - kryzys i masakra; czwarty dzień - masakra i spanie na wszystkich koncertach (serio, nawet nie miałam siły stać). Oprócz faktu, że nie chodziłam brudna i śmierdząca a po powrocie mogłam legnąć we własnym, miękkim łóżku (NAJLEPSZE UCZUCIE EVER, polecam), rezygnacja z pola namiotowego nie sprawiła, że magicznie zyskałam miliard do energii życiowej (chociaż spałam o wiele dłużej i lepiej niż zazwyczaj na polu). 

2. Atmosfera. Mimo tego, że nie żałuję rezygnacji z pola, to jednak mam wrażenie, że wpłynęła ona znacząco na mój odbiór festiwalu. To już nie było - tak jak do tej pory - odcięcie się od wszystkiego. Nie wiem, czy potrafię to wytłumaczyć. Chodzi o to, że nie czułam się jakbym BYŁA na Open'erze, a tylko - jakbym na niego dojeżdżała. Tak, ja wiem, że w sumie to jest całkiem logiczne, ale nie chodzi mi w tym momencie o faktyczną sytuację tylko bardziej o odczucia. Tak czy siak, o mój brak wczucia obwiniam a) to, że nie nocowałam na polu, ewentualnie b) starość, oczywiście. 

3. Open'er pod względem towarzyskim + randomowe spotkania. W tym roku zmieniła mi się trochę ekipa, w tym sensie, że przebywałam więcej z innymi ludźmi niż rok, dwa czy trzy lata temu, i to było nieco... specyficzne. Ale ogólnie pod względem towarzyskim ten Open'er przebił chyba wszystkie poprzednie edycje. Ośmielę się wręcz stwierdzić, że było o wiele lepiej niż pod względem muzycznym. Natomiast smutno było jeśli chodzi o randomowe spotkania. To chyba mój ulubiony aspekt Open'era - fakt, że w jednym miejscu możesz spotkać zarówno mnóstwo znajomych, jak i znajomych jedynie z widzenia - muzyków, aktorów, blogerów, artystów, którzy przed chwilą występowali na scenie obok, a teraz wędrują sobie po terenie festiwalu. Niby nic niesamowitego, ale jest w tym coś fajnego. Niestety w tym roku niewiele było takich spotkań. Ale udało mi się minąć naszego ulubionego aktora, pewnego słynnego blogera (nawet dwa razy) i parę innych osób. 

4. Pierwsze razy. Podczas tegorocznego Open'era udało mi się zrobić kilka rzeczy, których na owym festiwalu nie robiłam nigdy wcześniej. I tak oto: po raz pierwszy byłam pijana na Open'erze. Ba, po raz pierwszy chyba w ogóle piłam piwo podczas takiej imprezy. Wiem, trochę lama, ale po prostu do niedawna nie lubiłam i nie pijałam piwa w ogóle, a perspektywa koncertów po pijaku nie wydawała mi się na tyle kusząca, żeby kombinować z przemycaniem jakiegokolwiek innego alkoholu. Natomiast w tym roku, jako że koncertowo było dla mnie dość średnio, musiałam sobie zapewnić jakąś inną rozrywkę. No i tak wyszło. Również po raz pierwszy w tym roku poszłam (i tańczyłam, co więcej) na Beat Stage. Po raz pierwszy udało mi się trafić - i to nie raz - na papier toaletowy w toi toiach. Po raz pierwszy spędziłam tyle czasu w strefach gastro. Po raz pierwszy przespałam (/przeleżałam) więcej koncertów, niż przetańczyłam. Po raz pierwszy nie zależało mi w ogóle na miejscu pod sceną. Po raz pierwszy nie wypiłam ani razu niczego bezalkoholowego. Po raz pierwszy nie zjadłam długiej żelki (ale o tym potem). Wreszcie: po raz pierwszy bardziej niż koncerty interesowały mnie spotkania ze znajomymi i spędzanie czasu na festiwalu samo w sobie.

5. Koncerty. Jak już zdarzyło mi się niejednokrotnie wspomnieć w tej notce, dla mnie nie był to mocny koncertowo Open'er. Naliczyłam zaledwie cztery (słownie: CZTERY) koncerty, które stanowiły absolutny must see. Cała reszta była mi albo obojętna, albo zupełnie obojętna. Na hejt jakoś nie miałam ochoty w tym roku, aczkolwiek nie omieszkam tutaj pewnych rzeczy skomentować. Od początku więc: dzień pierwszy. Kategoria "koncerty, na których chciałam być, ale oczywiście nie zdążyłam": Patrick the Pan i Dawid Podsiadło. To było wtedy, gdy jechałam na festiwal dwie godziny. Kategoria "widziałam, ale w ogóle mnie to nie wzruszyło": Mikromusic, Editors i Savages. Mikromusic są tacy, sama nie wiem... niby to ładne i w ogóle, ale dla mnie chyba trochę za bardzo zamulają jednak. Editorsów w sumie całkiem lubię, tylko niestety większość ich piosenek jest do siebie strasznie podobna, a mi najbardziej podoba się ich trzecia płyta. Niestety akurat w tej części koncertu, w której uczestniczyłam, grali głównie dwie pierwsze. Żałuję, że nie zostałam dłużej, bo podobno Papillon był epicki, ale cóż. Ogólnie koncert wydał mi się mało porywający i generalnie nic specjalnego, ale może to tylko moje skrzywienie. Natomiast z Savages mam mały problem, bo wydają się być ciekawym zespołem i na żywo też wypadły całkiem interesująco, ale jakoś nie potrafię się do nich przekonać. Następna kategoria "koncert na który czekałam od dwóch lat": Blur. Powiem tak: to był bardzo dobry koncert. Od razu widać było, że zespół zna się na rzeczy. Uwielbiam takie występy: profesjonalne, pełne energii i radości ze wspólnego grania. Ale... nic ponadto. Na pewno nie przebili Pulp (ale charyzmę Jarvisa chyba ciężko przebić). To był tylko - a może aż - bardzo dobry koncert. Ale! Miał kilka tzw. momentów. Jednym z nich był Damon, ze skromnym uśmiechem oświadczający publiczności: "you're beautiful". Kolejnym, takim, który zapamiętam na długo długo, i chyba do końca życia pozostanie jednym z moich ulubionych wspomnień, był refren This Is A Low. Piosenki, której w wersji studyjnej nawet nie lubię. A podczas koncertu nagle odkryłam, że to ballady są mocnym punktem Blur. Pieprzyć Song 2, Parklife, Country House, itd. Te kawałki, chociaż zagrane z niesamowitą mocą, nawet w połowie nie wsiadły mi na psychę tak, jak wspomniane This Is A Low. N I G D Y nie zapomnę twarzy i głosu Albarna podczas wykonywania refrenu, tych zgromadzonych w nim emocji. Być może to tylko wyuczony trick - w takim razie szacun, bo kupił mnie całą. 
Kategoria "chciałam zobaczyć bardzo bardzo, ale byłam zbyt zmęczona i nie chciało mi się zapieprzać na Tent": Alt-J. Kategoria "chciałam zobaczyć bardzo bardzo, ale byłam zbyt zmęczona i w połowie poszłam do domu": Kendrick Lamar. Natomiast ta połowa którą widziałam... hmm. Było ok. Może nawet lepiej niż ok. Ale czegoś mi zabrakło, coś nie do końca zagrało. W sumie bez większych emocji. 
Dzień drugi: kategoria "chciałam zobaczyć, ale się spóźniłam, bo browar w gastro": Xxanaxx. Kategoria "chciałam iść bardziej z ciekawości, ale nie poszłam bo byłam pod wpływem i jadłam jabłko w czekoladzie": Tame Impala. Jednakowoż wszystko słyszałam, gdyż jabłko owo spożywałam w strefie gastro najbliżej Main Stage, sorry, Open'er Stage. Nie mam przemyśleń. Kategoria "na ten koncert dziś się tu przyturlałam": Arctic Monkeys. Impreza do zapamiętania przede wszystkim dlatego, że wytańczyłam się chyba najbardziej na świecie. Nieco się obawiałam tego występu, bo po poprzednim koncercie był na Małpy straszny hejt. Ale było naprawdę godnie. Wykonanie na bardzo wysokim poziomie, mnóóóóóstwo energii, szybsze kawałki - zwłaszcza I Bet... to był mega rozpierdol, wolniejsze (Do Me A Favour i 505) zapewniały maksymalną dawkę emocji, a na Mardy Bum nawet uroniłam łzę. Z pobudek osobistych. Nie że aż tak smutno było. 
Kategoria "chciałam zobaczyć, ale poszłam na Beat Stage": Nick Cave. Kategoria "Beat Stage": Miko Czajkowski!!! To był tak piękny set. Gdyby nie bolało mnie wszystko po Małpach, cała miejscówa pod sceną byłaby moja.
Dzień trzeci: kategoria "bardzo nie chciałam widzieć ani słyszeć, ale niestety akurat przechodziłam obok Maina": Skunk Anansie. Błagam, nigdy więcej. Kategoria "w sumie nie chciałam iść, ale poszłam i akurat zagrali piosenkę którą uwielbiam więc było spoko": These New Puritans. TEN KAWAŁEK. Kategoria: "Queens of the Stone Age" (ew. "Czekałam na ten koncert od X lat"). Jezu. Co to w ogóle było. Aż wrzucę Wam to:
bo słowami się tego opowiedzieć nie da. Coś niesamowitego. Jak to ładnie opisał pewien portal muzyczny na fejsbuku, zbiorowa orgia. Pomijając ogólne szaleństwo, energię i wszystko, wszystko, to Make It Wit Chu przechodzi do mojego panteonu koncertowych wersji kawałków. Przed koncertem średnio lubiłam ten numer, ale to, w jaki sposób oni to zagrali... nie do opisania. Za to do przeżycia. Zdecydowanie. No i Josh, Josh... nie mogę. Po prostu nie mogę.
Kategoria "WIKSA": Disclosure. Dla mnie w zasadzie jedyna sensowna elektronika na tegorocznym Open'erze (Beat Stage, choć zajebisty, nie liczy się, o Crystal Castles nawet nie wspomnę bo szkoda mi na nich miejsca w internetach, o Crystal Fighters będzie później), ALE ZA TO JAKA. Top 3 najlepszych imprez w moim życiu, zaraz obok zeszłorocznego SBTRKT i FreeFormowego Breakbota. Takich owacji jakie dostali po White Noise nie słyszałam chyba nigdy w życiu. To co się działo na Latch to była jakaś totalna masakra, w pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście. Co prawda początek, kiedy to grali stare kawałki, był trochę słabszy, ale jak już poleciały numery z albumu, to rozpętało się piekło. Bardzo, bardzo dobry set.
Dzień czwarty, kategoria "ale to już było, i nie wróci więcej": Crystal Fighters. Nie lubię tego zespołu odkąd zaczęli go lubić wszyscy wokół i w zasadzie nie chciałam iść na ich koncert, choć ten sprzed dwóch (bodajże) lat wspominam bardzo dobrze. Buk tak chciał że jednak się tam zjawiłam, i wnioski mam następujące: i) nie wiem czy to wina miejsca w którym stałam, ale mam wrażenie że strasznie spierdolili im nagłośnienie. Basy były chyba ustawione do oporu, dudniło koszmarnie, dźwięk był jakiś płaski i generalnie tragedia. ii) pech chciał że trafiłam na moment gdy grali kawałki z drugiej płyty, której nie znoszę, więc słabo. iii) wciąż jednak lubię Xtatic Truth, uważam że to mocny numer z mądrym tekstem, który dodatkowo dobrze łoi, więc trochę się pobujałam. Było ok. Podsumowując: nie byłam na całym koncercie więc nie dam sobie za swoje słowa ręki uciąć, ale mam wrażenie że namiot był zdecydowanie lepszym miejscem dla nich. Tak czy inaczej, wciąż potrafią rozkręcić imprezę. A że mnie taka impreza nie jara to już inna sprawa. Kategoria "najnudniejszy koncert ever": Kings of Leon. Na początek zdanie sprostowania. Nie, nie lubię KoL. Tak, uważam ich za słaby zespół z nudnymi piosenkami (oprócz Closer). Nie, nie szłam na ten koncert uprzedzona. Prawdopodobnie nikt, kto mnie zna, w to nie uwierzy, ale zawsze gdy idę na koncert, w mojej głowie pod nazwą danego artysty pojawia się tabula rasa. Zapominam o wszystkich uprzedzeniach i daję kolejną szansę, bo nie raz zdarzyło mi się już tak, że artysta którego nie lubiłam zachwycił mnie na żywo, i na odwrót - ci ulubieni dali ciała, i to potężnie. Gdy szłam na koncert KoL, w głowie miałam założenie, iż w końcu jest to, do kroćset, zespół na światowym poziomie. Od takich zespołów zazwyczaj spokojnie można wymagać sporo na żywo, i wiele z nich takim wymaganiom daje radę sprostać. Jakże się myliłam. Spodziewałam się solidnego występu. Przynajmniej minimalnej dawki energii. Jakichś - jakichkolwiek! - emocji. Nie otrzymałam niczego. W zamian za to prawie zasnęłam na trawie. Nie dziwię się, że poszła jakaś plota o graniu z playbacku, bo to serio tak brzmiało. Kawałki były IDENTYCZNE jak na płytach. Powtórzę raz jeszcze: IDENTYCZNE. Energii zero. Emocje jakieś znikome, jeśli w ogóle. Kontakt z publicznością praktycznie zerowy, oprócz jakichś typowych frazesów. Jezu, to było tak straszne. A najgorsze było to, że zagrali Closer, czyli jedyną ich piosenkę, jaką lubię, i to było coś tak złego. Bo zagrali to totalnie bez emocji i oczywiście tak samo jak na płycie. No płyty to ja sobie mogę w domu posłuchać, dzięki wielkie. Jedyny fajny moment związany z tym koncertem to ten, kiedy na Sex on Fire poszliśmy do Pawilonu Heinekena i obserwowaliśmy tłum z tarasu. Widok był faktycznie niesamowity. Ale tylko widok. Kategoria "śpimy dalej": Devendra Banhart i Animal Collective. Nie żeby było źle, po prostu miałam jakiś taki senny dzień, a ilość psychodelii w powietrzu podczas tych dwóch koncertów zdecydowanie mnie przerósł. Zwłaszcza w przypadku Animali. Z resztą ja nigdy nie czaiłam fenomenu tego zespołu, i tak już chyba pozostanie do końca mego nędznego życia. Devendra był całkiem sympatyczny, na tyle na ile zdążyłam ogarnąć.

6. Rihanna. Będzie krótko, bo i tak już pewnie wiecie wszystko z 46327528345 innych źródeł. Bardzo mnie ten koncert rozczarował. Spodziewałam się show na wysokim poziomie, a niestety dostałam coś bardzo przeciętnego. Nieco lepiej wypadła sama końcówka koncertu - dało się nawet poskakać i podrzeć japę, ale początek to były same smutne chwile. Dobrze, że darmowe. 

7. Plusy. Czyli dobre chwile, niezapomniane momenty, słuszne decyzje i inne fajne sprawy. Na pewno wspomniane "This Is A Low", i przy okazji także "Make It Wit Chu". Dwa najlepsze motywy tego festiwalu. "Mardy Bum" - też do zapamiętania. Przeniesienie Red Bull Stage'a na bok, tak, że ludzie nie wiksowali już na środku betonu - piękna decyzja, podziękowania z głębi serca mego. Beat Stage - moje tegoroczne odkrycie, trzeba bywać częściej. Desperadosy. Grube frytki (!!! <3). Papier w toiach. Owoce w czekoladzie. POGODA. Sex On Fire na tarasie. Przystojni kolesie machający do nas ze swojego vixomobilu. Bifory w krzakach. Darmowe durexy w strefie NGO. No i ludzie - jacyś milsi i generalnie bardziej w klimacie niż ostatnio. 

8. Minusy. Po pierwsze - i najważniejsze - NIE BYŁO DŁUGICH ŻELEK. Tyle bólu. Tyle cierpienia. Jak żyć... Poza tym, znów chyba mniej gratisów niż rok temu. Spotkanie licealnej miłości (nie polecam). To, że nie udało mi się iść na Silent Disco, bo kolejki i w ogóle. To, że prawie poszłam na młyńskie koło, ale jednak nie, bo KTOŚ zapomniał kuponów. (worst feeling ever). Ominięcie połowy Kendricka. Ominięcie Alt-J. Frustracja seksualna (zakochałam się z pięćset razy. W tym raz w Damonie, raz w Alexie i raz w Joshu). Ból wszystkiego i zmęczenie. Dziwna polityka z opaskami (koleś z ochrony kazał mi się cofać po nową opaskę bo istniała 1% szansa że poprzednią mogłam sobie ściągnąć). 

9. Podsumowanie. Sama już nie wiem, czy faktycznie robię się za stara na takie imprezy, czy po prostu średni line-up tak na mnie wpłynął, ale cóż... dziwny był ten Open'er. Bardzo dziwny.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Smile, It's Monday! #6

Po krótkiej przerwie wracam z poniedziałkową polecajką. Dziś dużo dobrych i świeżych rzeczy, więc warto ogarnąć!

1. Jessie Ware - Imagine It Was Us

Na pierwszy ogień nowa Jessie. Jest bardziej klubowo, mniej nastrojowo niż dotychczas, ale klimat pozostał. I ten teledysk! Sprawdźcie koniecznie!


2. Dick4Dick - Uśmiechnięty Pies

Mój ulubiony polski zespół wrócił z nowym singlem i od razu rozkurwił (naprawdę nie ma na to innego słowa :)). Trzeba znać.


3. Rebeka - Melancholia

Ten kawałek jest geeeeeenialny. Ejtisowe syntezatorki, klimat nieco kojarzący się z "Pass This On", mistrzowski refren. Dajcie już płytę.


4. Queens of the Stone Age - My God Is The Sun

Świeżynka od QOTSA co prawda nie miażdży jakoś szczególnie, ale still - QOTSA. Ten klimat.


5. Theophilus London feat. Menahan Street Band - Rio

O, a tutaj jedna z moich ulubionych ostatnich premier. Raz, że lekka zmiana stylu u Teophilusa, bo mniej to taneczno - elektroniczne, a bardziej chilloutowe. Dwa, że klimat jest bardzo ok, taki wakacyjny, słońce, plaża, te sprawy - a sama piosenka dla mnie w sumie smutna. Ale fajnie to wszystko razem współgra ze sobą.



6. Daft Punk ft. Pharrell Williams - Get Lucky

Pozycja z cyklu "trzeba znać", a zapewne także "i tak już większość z Was to słyszała". Ci, którzy do tej pory zwlekali z obczajką, niech nadrabiają natychmiast. Kawałek miażdży.


7. Basement Jaxx - Back 2 The Wild

Iiiii nowy Basement Jaxx. Na początku podobał mi się ten kawałek, teraz uważam, że w sumie jest ok, ale nic specjalnego. W każdym razie - pobujać się można.


8. Uff. Na koniec łapcie moją ulubioną Lanę, w dobrym remiksie Parova Stelara :)




niedziela, 24 marca 2013

Smile, It's Monday! #5

Dziś odcinek wyjątkowy, bo będzie jedna piosenka z Polski, co się często na tym blogu nie zdarza. A oprócz tego jeden długo wyczekiwany powrót i jedna hipsteria. Do dzieła więc!

1. Justin Timberlake - Pusher Love Girl

Wszyscy się podniecają powrotem Justina (i dobrze, bo jest czym), ja też się już trochę tutaj podniecałam, ale nie zaszkodzi więcej podniety. Otwieracz świeżutkiej płyty Timberlake'a jest świetny, łatwo włazi do głowy i skutecznie zachęca do zapoznania się z resztą albumu.


2. Dick4Dick - Canonade

A oto wspomniany akcent patriotyczny. Przypomnial mi się ten kawałek po tym, jak ostatnio trafiłam na niego gdzieś w moim fejsowym news feedzie i od tamtej pory łazi za mną non stop. Może dlatego, że strasznie kojarzy się z wiosną, której ci u nas niedostatek. Słuchajcie i nastrajajcie się pozytywnie.


3. Autre Ne Veut - Play by Play

Ostatnia pozycja jest mi znana już od dłuższego czasu, ale dopiero ostatnio mi się wkręciła. Propozycja dla hipsterów, dla których JT jest zbyt mainstreamowy, ale ogólnie polecam ją wszystkim - warto.


poniedziałek, 18 marca 2013

Smile, It's Monday! #4

Po chwilowej przerwie wracam z poniedziałkami.
Dziś będzie szybko, bo kot na mnie śpi i nie mogę pisać.


1. Electric Guest - This Head I Hold

Jeśli lubicie Danger Mouse'a, to Electric Guest na sto pro Wam się spodoba - koleś jest producentem ich zeszłorocznego debiutu, Mondo. Muzycznie to takie lekkie plumkanie, okrutnie wpadające w ucho. A ten utwór jest mega pozytywny - polecam wszystkim poniedziałkowym marudom.



2. Flight Facilities - Crave You

A teraz będzie elektronika. Ot, taka lekka pioseneczka. + ten saksofon!



3. Phoenix - If I Ever Feel Better

Na koniec klasyk. Chyba opisywać nie muszę.